środa, 8 lutego 2017

ROZDZIAŁ XI – „Batman – Śmierć w rodzinie”

Nadszedł czas dla mnie aby rozprawić się z kolejną ikoniczną opowieścią o Człowieku nietoperzu – ze śmiercią Jasona Todda.
Jason Todd był drugim (po Dicku Graysonie) Robinem. Zaczynał jako kalka Graysona z identycznym backstory, jednak później otrzymał własne, zupełnie inne tło. Rodzice Jasona zmarli, gdy ten był bardzo mały, przez co zmuszony był on do życia na ulicy. Pewnego dnia próbował obrabować batmobil i tak ścieżki jego i Bruce’a Wayne’a skrzyżowały się ze sobą. Bruce natychmiast wziął chłopca pod swoje skrzydła i zaczął jego trening.
Jason nie był jednak zbyt udanym bohaterem, więc DC postanowiło go uśmiercić i właśnie temu (oczywiście) posłużyć miała „Śmierć w rodzinie”.

Już na pierwszych stronach pierwszego zeszytu możemy zobaczyć, że postawa Jasona jest bardzo agresywna i ma on problemy ze słuchaniem swojego mentora. Rzuca się on do walki bez namysłu, co skutkuje tym, że Bruce zakazuje mu na jakiś czas bycia Robinem, dopóki ten nie nauczy się panować nad sobą.
Rozgoryczony Jason włóczy się po rodzinnej okolicy, aż zostaje zaczepiony przez staruszkę, która wręcza mu rzeczy z jego dawnego mieszkania. Pośród starych zdjęć, chłopak znajduje dokumenty, z których jasno wynika, że został adoptowany… a to oznacza, że jego biologiczna matka nadal gdzieś żyje. Postanawia ją odnaleźć, ale na własną rękę, bo dochodzi do wniosku, że Bruce nie tylko mu nie pomoże, ale nawet go nie zrozumie.

I tu pojawia się mój problem z Jasonem, który wydaje się być pisany w sposób niekonsekwentny. Jego chęć odszukania matki, niezdolność do pogodzenia się z przeszłością (co zresztą rzutuje na jego agresywne zachowanie podczas „akcji”) to elementy, która działają całkiem dobrze. Z kolei ten brak zaufania do Bruce’a pojawia się kompletnie znikąd. Co więcej, ta jedna kwestia jest kompletnie niepotrzebna, o czym powiem za chwilę.

Jason znajduje w notesie ojca imiona trzech kobiet. Tak się złożyło, że wszystkie przebywają w Iranie. Tak więc, chłopak wsiada w samolot i znika bez słowa.
W międzyczasie dzieje się coś jeszcze – Joker ucieka z Azylu Arkham i postanawia sprzedać Irańskim terrorystom ukrytą przez siebie głowicę atomową. Oczywiście, Bruce rusza w ślad za Klaunem i niemal natychmiast wpada na Jasona. Wspólnymi siłami szukają tajemniczej kobiety oraz starają się powstrzymać Jokera.

„Śmierć w rodzinie” zabiera Batmana z miejskiej scenerii i rzuca go na Irańskie pustkowia, gdzie musi walczyć on z islamskimi terrorystami. Co ciekawe, zdarza mu się przywdziewać kostium za dnia… a przynajmniej tak mi się wydaje, bowiem tła bywają strasznie mylące.

Ustaliłem już, że Jason nie jest zbyt interesującą postacią i niestety, moment jego śmierci traci przez to na sile. Podczas czytania „Knightfall” też wiedziałem co się wydarzy, ale z niecierpliwością wyczekiwałem tego momentu, w dodatku napięcie i emocje narastały z zeszytu na zeszyt, a kulminacyjny moment był eksplozją tego wszystkiego. Ogromna szkoda, że tego samego nie uświadczyłem w „Śmierci w rodzinie”.

Z drugiej strony jednak, Jason nie jest tutaj najważniejszą postacią. Jak zawsze – jest nią Bruce. Kolejni Robini byli dla niego namiastką rodziny, próbą jej odbudowania. Wobec tego śmierć Jasona była dla niego bolesnym ciosem. Nawiązanie do „Śmierci w rodzinie” pojawiło się nawet w „Powrocie Mrocznego Rycerza” (który, ciekawostka, powstał przed „Śmiercią...”). Jest to też moment, w którym Batman rozważa złamanie swojej „świętej zasady” i zabicie Jokera. Był w stanie znieść kalectwo Barbary Gordon (komiks odwołuje się do „Zabójczego żartu”), ale śmierć towarzysza to już stanowczo za dużo.

Jakie są z tym komiksem problemy?
Oprócz braku dostatecznie dużego ładunku emocjonalnego, z perspektywy czasu historia ta wydaje się… bezcelowa. Batman nie zabije Jokera i dylemat ten będzie jeszcze wałkowany wiele razy. Z tego całego „nigdy więcej” też nic nie wynika, bo już w „Knightfall” tytuł Robina nosi Tim Drake.
Mogę więc chyba powiedzieć, że „Śmierć w rodzinie” troszeczkę się „przeterminowała”.

Rysunki Jima Aparo są, podobnie jak w „Knightfall”, całkiem solidne. Poza wspomnianymi na początku mylącymi tłami, nie podobał mi się jeszcze tylko Joker ze swoją karykaturalnie długą głową. Tutaj jest to o tyle trudniejsze do przełknięcia, że Jokera jest o wiele więcej.
No i muszę też przyznać, że sama postać gdzieś straciła swoją iskrę. Joker w „Śmierci...” wydaje się strasznie nudny, zwłaszcza, gdyby porównać go z wcieleniami z innych omówionych przeze mnie komiksów. Poza morderstwem Todda, nie prezentuje on nic, co zapadłoby w pamięć.


„Śmierć w rodzinie” to solidny komiks, który nieco się postarzał, i moim zdaniem stracił dość sporo ze swojej ikoniczności. Może postawiłem mu poprzeczkę zbyt wysoko, może miałem zbyt duże oczekiwania wobec niego. Jeśli czegoś mi w nim brakuje to emocji. Tych samych emocji, które czułem przy okazji „Knightfall”.

wtorek, 7 lutego 2017

„Daredevil – Diabeł Stróż”

Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych branie się w drugiej kolejności za ten komiks o Daredevilu może być trochę podchodzeniem „od dupy strony”, ale postanowiłem dać Frankowi Millerowi odetchnąć, poza tym byłem bardzo ciekaw czego z Człowiekiem nieznającym strachu dokonał Kevin Smith.

Spadające na Matta Murdocka nieszczęścia zachwiały jego głęboką wiarą. Nie może on pozbierać się przewrotnym romansie z Karen Page i po jego gorzkim finale. Ale to tylko początek jego kłopotów. Pewnego dnia przychodzi do niego pewna kobieta i mówi, że jej dziecko jest… inkarnacją Jezusa, i że apokalipsa się zbliża. Oddaje mu niemowlę pod opiekę, twierdząc, że Anioły kazały jej to zrobić.
Następnego dnia Matta odwiedza w jego kancelarii adwokackiej tajemniczy Nicholas Macabes i mówi z kolei, że dziecko jest Antychrystem i Matt powinien je zabić.

Intrygę w „Diable Stróżu” mógłbym porównać do tej ze „Spider-mana – Powrotu do domu”. Na początek dostajemy w twarz czymś, z jednej strony interesującym w kontekście postaci, a z drugiej strony niezwykle absurdalnym. W absurd ten będziemy jednak brnąć z zaangażowaniem, aż z czasem tajemnica zacznie się z niego obdzierać i wszystko ułoży się w logiczną całość. Nie muszę chyba mówić, że finał całej historii jest satysfakcjonujący. Bez wdawania się w szczegóły – nie spodziewałem się tego konkretnego złoczyńcy w Daredevilu, co więcej nie spodziewałem się po nim takiej motywacji.

Matthew jest tutaj zupełnie inną postacią niż w „The Man without fear”. U Millera zdystansowany, tutaj jest bardzo ludzki i emocjonalny. Smith robi nawet z niego bohatera romantycznego, pisanie postaci wychodzi mu tak naturalnie, że nawet poznając relację Matta i Karen „od połowy” byłem w nią w pełni zaangażowany i nie czułem niedosytu. Wszystkie wydarzenia z przeszłości, do których „Diabeł Stróż” się odnosi (a jest ich bardzo dużo) są wplecione do historii na tyle umiejętnie, że czytelnikowi wydaje się, jakby znał je od zawsze.

Za emocjonalnym skryptem Kevina Smitha idzie nastrojowa oprawa graficzna Joe Quesady i Jimmy’ego Palmiotti. Rysunki obfitują w różne detale – cienie, odbicia w okularach, i tak dalej. Kolorystyka z kolei wydawała mi się bardzo melancholijna, może nawet z lekka psychodeliczna, co jeszcze podkreśla pesymistyczną, psychologiczną atmosferę całości.


„Diabeł Stróż” to – i mogę to śmiało powiedzieć – jeden z najlepszych komiksów jakie dotychczas przeczytałem. W wizualne piękno zamknięta została niebanalna historia o kryzysie wiary faceta w trykocie, ale też szalona, sprawna i wciągająca intryga.
Co prawda, lepiej przed lekturą trochę obeznać się z postacią Daredevila, ale ta praca domowa jest warta odrobienia.

czwartek, 2 lutego 2017

ROZDZIAŁ X - ”Mroczny Rycerz kontratakuje”

Zdaję sobie sprawę z tego, że pisząc ten tekst nie robię niczego nadzwyczajnego. Ten komiks to wręcz legenda. Frank Miller oszalał i koncertowo zaorał swoją karierę pisząc pokraczną kontynuacją do swojej najbardziej rozpoznawalnej pracy. Niemniej jednak ja jako komiksowy laik postanowiłem zmierzyć się z tą legendą i przekonać się, czy „DK2” jest w rzeczy samej aż tak złym komiksem… w końcu ciekawość to pierwszy stopień do piekła, prawda?

Fabuła jest kosmicznie poplątana, ale postaram się streścić najważniejsze wątki.
Władzę sprawuje dyktatura, a prezydent Stanów Zjednoczonych jest tylko generowanym komputerowo obrazem. Władzę w garści, jakimś cudem, trzyma Lex Luthor, któremu się przytyło i przybrało zmarszczek. Dużych, dużych zmarszczek. Jego pomocnikiem jest Brainiac, który z jakiegoś powodu zmienia się w gigantycznego robota wyglądającego jak żaba.
Dawna Liga Sprawiedliwych jest na usługach Luthora, bowiem na każdego z członków ten ma jakiegoś haka.
Po latach nieobecności i szkoleniu sobie „armii”, Bruce Wayne powraca, werbuje superbohaterów przebywających na „emeryturze” lub w więzieniach i postanawia oddać władzę ludziom i obalić dyktatorów. Do takiego pseudo-politycznego gadania każdy powinien się przyzwyczaić bo jest go w komiksie całe mnóstwo.
W tle przemyka także tajemnicza postać wyglądająca jak Joker… jakby to kogokolwiek obchodziło…

Zacznę od tego co rzuca się w oczy jako pierwsze. Rysunki są surrealistycznie złe. Od okładek po ostatnią stronicę, do ostatniego kadru. Postacie, wszystkie bez wyjątku, wyglądają karykaturalnie, a wiele paneli nie ma nawet tła. Miejscami miałem problemy z rozgryzieniem co się dzieje.
Do tego dochodzi równie złe kolorowanie i upychanie wszędzie nieprzyjemnych dla oka efektów z photoshopa… co jest zresztą, z tego co się orientuję, jedną z wizytówek „Mroczny Rycerz kontratakuje”.

Komiks z zewnątrz wygląda brzydko i kryje w sobie równie brzydkie wnętrze.
Batman nie jest Batmanem. Miller robi wszystko, byleby ten wyszedł na twardziela, co skutkuje zamienieniem go w psychopatę, który nie ma nic przeciwko zabijaniu ludzi, co więcej zachowującego się tak, jakby 40-stka zbyt mocno uderzyła mu do głowy. Rozmowa z Dickiem Graysonem jest chyba najlepszym zobrazowaniem tego.
Żebyśmy poczuli się jeszcze bardziej zniesmaczeni, relacja Bruce'a z Carrie Kelley zbliża się niebezpiecznie do pedofilii.
"Nasz bohater!"
I by nas dobić ostatecznie - przez sporą część komiksu ukrywa się on w cieniu. W pierwszym zeszycie pojawia się dopiero pod koniec.

Postaci drugoplanowych jest całe mnóstwo, co z jednej strony jest uzasadnione - Batman jedna sobie dawnych członków Ligi Sprawiedliwych, w tym m. in. Flasha, Atoma i Arrowa... ale za żadne skarby świata nie mogę zrozumieć co w tej historii robi Question. Pojawia się także Kara, córka Supermana, Wonderwoman, Shazaam... I jakby się nad tym głębiej zastanowić, oni wszyscy są tej fabule niepotrzebni.
Niektórzy przeszli przez drastyczny re-design. Carrie nie jest już Robinem tylko Catgirl, z kolei Flash z jakiegoś powodu nosi czarny strój.
Trudno jest mi jednak powiedzieć cokolwiek o ich charakterach. Nikt tak naprawdę nie zapada w pamięć. Arrow i Question to wałkowanie jednego żartu przy każdej okazji - panowie mają inne poglądy polityczne, więc kłocą się ze sobą.
Złozyńcy niczym siebie nie przypominają. O ile z komiksowym Brainiac'em jeszcze przyjemności nie miałem, tak ten Lex Luthor to nie jest w żadnym calu Lex Luthor.

Fabuła stara się kontynuować społeczno-polityczną satyrę poprzednika ze wszystkimi programami telewizyjnymi i przerysowanymi postaciami. Problem polega na tym, że Miller zapomniał jak tę satyrę pisać dobrze. Rezultatem są programy w stylu „News in the nude”, a dialogi kolejnych wypowiadających się osób to barbarzyńskie kaleczenie języka.
Dziw bierze, że ta infantylna pokraka wyszła spod ręki autora mojego ulubionego komiksu o Batmanie.

”Mroczny Rycerz kontratakuje” ma jednak w sobie jeden dobry motyw z potencjałem. Batman doprowadza do tego, że powstaje cały ruch społeczny ludzi w trykotach. Masy przebierają się w różne dziwaczne stroje i dołączają do tej "rewolucji". Tak samo podobali mi się żołnierze Batmana - Batboys. - To takie "fajne" następstwo wydarzeń z "Powrotu Mrocznego Rycerza".

Na koniec zostają pojedyncze sceny - surrealistycznie źle narysowane, albo po prostu surrealistycznie głupie. Scena seksu Supermana z Woderwoman - ci szybują wysoko, a potem spadają do oceanu powodując tsunami.
Przyznaję, są takie sceny w "DK2", które moim zdaniem wkraczają w rewiry tak złego, że aż dobrego.

"DK2" zostawiło mnie z jednym pytaniem w głowie - Czy my aby na pewno mieliśmy wziąć to na poważnie? Czy to może miała być jakaś parodia?
Co Millerowi chodziło po głowie?
Oczekiwałem spektakularnej porażki na każdym możliwym polu… i w sumie to właśnie dostałem. Jednakże, uważam, że każdy powinien się z tym komiksem zapoznać. Jest on do tego stopnia absurdalny, że trzeba go doświadczyć na własnej skórze. To "The Room" albo "Troll 2" świata komiksów.

wtorek, 31 stycznia 2017

„Frank Miller’s RoboCop”

Zdania na temat filmu „RoboCop 2” są dość mocno podzielone. Dla mnie to całkiem udany sequel z kilkoma trafionymi i kilkoma chybionymi pomysłami. Tak, czy siak zawsze dobrze mi się go oglądało. Scenariusz do owego filmu sporządził Frank Miller, niestety jego pomysły były zbyt ostre dla producentów i trzeba było nanieść „poprawki”. Z oryginalnego pomysłu Millera ostało się w gruncie rzeczy niewiele, a część motywów została przeniesiona do późniejszej kontynuacji, czyli „RoboCopa 3”.
Oryginalny scenariusz Millera doczekał się w końcu adaptacji w formie komiksu. Zżerała mnie ciekawość co takiego twórca „Powrotu Mrocznego Rycerza” upichcił, że zdaniem wszystkich okazało się niemożliwym do przeniesienia na taśmę filmową.

Przestępczość w Detroit ciągle rośnie, a zdziesiątkowani funkcjonariusze policji strajkują przeciwko korporacji OCP bo… jest ich mało i nie mają czym walczyć. Nawet Alex Murphy, czyli RoboCop nie daje już powoli rady.
OCP wciela w życie plan wyburzania dzielnic starego miasta, aby zrobić miejsce na budowę Delta City. Ponieważ na policję nie można liczyć, powołano specjalne oddziały zwane Rehabem, aby przesiedliły one mieszkańców Detroit. Problem w tym, że Rehab to w większości weterani wojenni, w dodatku chorzy psychicznie i psychopatyczni.
W międzyczasie Super Glina trafia pod opiekę psycholog dr Love, która ma pozbawić go człowieczeństwa i zrobić z niego wzór do naśladowania. Problem w tym, że dr Love również nie jest zbyt zdrowa na umyśle i sadystycznymi metodami „leczy” Murphy’ego. Poza tym ma ona obsesję na punkcie miasta i nadmiaru przemocy i robi wszystko, aby z nim walczyć.
Do tego wszystkiego dochodzi plan zbudowania ulepszonej wersji RoboCopa…

Ilość wątków w komiksie jest pokaźna. Co chwilę odszukiwałem znajome motywy, kwestie, czy nawet całe sceny, które w mniej lub bardziej zmienionej formie trafiły do „Robocopa 2 i 3”. Niestety bardzo trudno jest mi to określić mianem spójnej historii.
Poziom przemocy jest olbrzymi, są eksplozje, padają trupy, na ulicach Detroit rozpętuje się wręcz wojna, ale wszystko to czyta się jak ciąg niepowiązanych ze sobą scen.
Pierwszy „RoboCop” zasłynął z satyry społecznej, przerysowanych programów telewizyjnych i Miller również mocuje się z tym konceptem. Efekt jest iście pokraczny. Zupełnie jakby autor cofnął się w rozwoju od czasu swojego „Batmana”.
Kolejnym punktem na liście „grzechów” jest przesadna seksualizacja postaci żeńskich. Dr Love charakteryzują dwie cechy – jest irytującą, złą psychopatką i jest hojnie obdarzona przez naturę – nosi obcisłe spódniczki i dekolt do pasa. Ale to jeszcze można jakoś przeboleć. Gorzej, gdy coś podobnego dotyka postaci, do której to ni w ząb nie pasuje. Gdy na scenę wchodzi znana z filmu Anne Lewis, po każdej scenie akcji jej ubiór musi spłonąć, podrzeć się, byleby tylko obnażał jej bieliznę.
I może nako facet nie powinienem narzekać na takie rzeczy, ale jest to zbyt nachalne i zbyt nie na miejscu, by brać to jakkolwiek na poważnie.

Na koniec pozostaje kwestia głównego bohatera. 
Murphy nie jest bohaterem we własnej historii. Jest tutaj do tego stopnia bezbarwny, pozbawiony woli i charakteru, że miejscami zapominałem, że on w ogóle jest w tej historii. 
Ale smutna prawda jest taka, że poza przerysowaną dr Love nikt z bohaterów się nie wyróżnia. Są wręcz jak wyprane z osobowości pionki, które muszą przez ten cały chaos przejść.

Całości dopełniają rysunki Juana Rose Rypa – przesadnie szczegółowe. Komiks wygląda okropnie. Gdy kadry są mniejsze, wszystkie kształty zlewają się ze sobą, a gdy jeszcze do tego dochodzą rzeczy typu dym, czy ogień, wtedy w ogóle patrzenie na panele jest bolesne dla oczu. Pognieciona zbroja RoboCopa nie musi mieć na sobie tysiąca małych kropeczek, dym nie musi być aż tak pofałdowany. To rozprasza i utrudnia rozpracowanie tego, co się dzieje.
A „rozpracowanie” jest tu bardzo dobrym słowem. Sceny akcji są jednym wielkim chaosem, w którym bardzo łatwo się pogubić. Czasem nie pomagają nawet strzałki zostawione przez twórców sygnalizujące kolejność w jakiej układają się kadry. Może gdyby szły obok one siebie, a nie były „wysypane” na kartkę, taki zabieg nie byłby potrzebny?

Podsumowując, Millerowski „RoboCop” nie jest czymś, czym warto zawracać sobie głowę. Jest brzydki, chaotyczny, przerysowany, infantylny – krótko mówiąc, nieczytelny.
Nic dziwnego, że skrypt ten nie doczekał się wiernej filmowej adaptacji, wręcz niemal w całości wylądował w koszu. To jeden wielki bałagan.
Mimo licznych wad „RoboCop 2” jest udanym filmem akcji i myślę, że po zapoznaniu się z jego pierwotną wizją docenię go jeszcze bardziej.

niedziela, 29 stycznia 2017

„Daredevil – The Man Without Fear”

Mam olbrzymi szacunek dla wczesnego Franka Millera. Jego „Powrót Mrocznego Rycerza” błyskawicznie stał się moim ulubionym komiksem. Obiecałem sobie w przyszłości sprawdzić wszystkie dzieła, które uczyniły z tego scenarzysty legendę. Ten czas właśnie nadszedł...
Odkryłem, że oprócz komiksów dla DC, tworzył on także „Daredevila” dla Marvela, co więcej napisał on nawet genezę tejże postaci. Mój wybór był oczywisty.

W „The Man Without Fear” poznamy Matta Murdocka, małego chłopca wychowywanego przez samotnego ojca parającego się boksem i odbieraniem haraczy dla mafii.
Matt traci wzrok wskutek wypadku, w który zaangażowana jest ciężarówka przewożąca chemikalia. Wypadek ten sprawia, że młodzieńcowi wyostrzają się wszystkie inne zmysły, co więcej tajemniczy mężczyzna imieniem Stick oferuje mu pomoc w kształceniu się w sztukach walki.
To chyba najbardziej ikoniczne origin-story dla Daredevila, pamiętam je dobrze z animowanego serialu o Spider-Manie.
Choć dane nam jest poznać początki superbohatera, tak „The Man Without Fear” samo w sobie trudno jest mi nazwać komiksem superbohaterskim. To bardzo rozbudowane wprowadzenie do postaci – dużo czasu poświęcono na dzieciństwo Matta, okres jego studiów, znalazło się nawet miejsce na romans z Elektrą. Pod koniec pojawia się także Kingpin jednak nie dowiadujemy się o nim zbyt wiele, a jego postać nie pełni żadnej istotnej roli w historii. Ot zostaje nam przedstawiony i będzie rozwijany w przyszłości.

Miller nie śpieszył się ze wsadzeniem Murdocka w strój czerwonego diabła, co z początku mnie rozczarowało, ale po głębszym namyśle zostało przeze mnie uznane za plus. Dzięki temu zostaje nam zaserwowany bardzo szczegółowy i przekształcający się portret psychologiczny przyszłego obrońcy Hell’s Kitchen.

Chciałbym kontynuować swoje pochwały, niestety w tym miejscu muszę przestać i skupić się na rzeczach, które mi zgrzytały.
„The Man Without Fear” jest kreślone w bardzo brzydki i nieprzyjemny dla oka sposób. Jakby rysownikowi gdzieś się śpieszyło. Kolorystycznie z kolei komiks bywa niekonsekwentny. Czasem wygląda zwyczajnie, a sporadycznie stara się udawać neo-noir i wypełnia wszystko jednym kolorem.

Przez historię przewala się całe mnóstwo narracji w trzeciej osobie, która lubi cytować myśli głównego bohatera. Wypada to sztucznie. Nie rozumiem czemu by nie oddać po prostu Mattowi roli narratora, wyszłoby to o wiele bardziej naturalnie.
Miałem też problem z samą narracją, która prawie w ogóle nie sygnalizowała przeskoku między kolejnymi okresami czasu. Myślimy, że Matt jest jeszcze mały, po czym okazuje się, że jest już chyba nastolatkiem, bo został narysowany wyższym. Potem przeskakujemy do studiów i ni z tego, ni z owego w pewnym punkcie historii okazuje się, że już jesteśmy w innym punkcie życia Matta, bo ten opowiada o tym, że znalazł pracę.

Nietrudno było mi wyłapać podobieństwa między „The Man Without Fear”, a innymi, wcześniejszymi pracami Millera dla DC. Mógłbym wręcz nazwać ten komiks niedoszlifowaną wersją „Batmana – Roku Pierwszego” z elementami „Powrotu Mrocznego Rycerza”. Nacisk na psychologię bohatera jest ogromny, jednak narracja jest w trzeciej, a nie lepiej służącej tego typu historii pierwszej osobie.
Elektra swoim charakterem przypominała mi Selinę Kyle, w dodatku to jak ta postać zostaje wprowadzona i co się z nią później dzieje bardzo mocno kojarzyło mi się z „Rokiem Pierwszym”. A pojawia się ona na stosunkowo krótki czas. Jej romans z Mattem zostaje potraktowany mocno po macoszemu, a później zostaje ona usunięta z fabuły w dość leniwy sposób.

„The Man Without Fear” to bardzo dobra geneza z kulejącą miejscami narracją i dzieło nietypowe jak na komiksy superbohaterskie. Jest chyba najlepszym wprowadzeniem do postaci Daredevila jakie tylko może być. Problem z nim jest tylko taki, że Miller już opowiedział identyczną historię i o wiele lepiej… tylko, że w „Batmanie”.

środa, 25 stycznia 2017

„Aliens – Genocide”

Mam przyjemność w końcu przedstawić naprawdę dobrą historię z komiksowego uniwersum o Ksenomorfach. Myślę, że mówiąc to nie popełniam zbyt dużego błędu. Wydaje mi się, że przynajmniej niektóre komiksy od Dark Horse są ze sobą powiązane i że przed samym „Genocide” coś jeszcze było.

Ksenomorfy musiały jakimś cudem, w jakieś innej historii, najechać Ziemię, bowiem ludzie namiętnie prowadzą nad nimi badania. Między innymi, korporacja Neo-Pharm produkuje specjalny narkotyk zwany Xeno-Zipem. Zwiększa on tężyznę fizyczną tego, który go bierze (podobnie jak Venom w „Batmanie”), ale niektórych doprowadza do obłędu. Defekt ten jest spowodowany używaniem przez korporację zamiennika pewnej substancji, którą wytwarza tylko królowa Ksenomorfów.
O ile zaopatrujące się w Xeno-Zip wojsko nie ma nic przeciwko, że ich podwładni zmieniają się w rozszalałych kamikadze, tak szef Neo-Pharm – pan Grant zamierza uratować reputację swoją i swojej firmy. Wraz z oddziałem Marines wyrusza na planetę Ksenomorfów w celu pozyskania królewskiej mazi.
Wyprawa, oczywiście, nie będzie łatwa. Tajemniczy szpieg korporacyjny stara się sabotować wyprawę, w dodatku na samej planecie Obcy urządzają sobie… wojnę. „Genocide” zasłynął z przedstawienia bardzo ciekawego motywu – starcia dwóch gniazd Obcych. W wyniku mutacji, niektóre Ksenomorfy zmieniły kolor na czerwony i założyły własną społeczność. Muszą jednak walczyć ze zwyczajowymi czarnymi Ksenomorfami o przetrwanie.

„Genocide” ma bez wątpienia klimat. Podoba mi się to jak rysowane były komiksy w latach 90-tych (odjąć od tego absurdalną anatomię ciał, ale tego w tym konkretnym komiksie nie uświadczyłem). Atmosfera jest mroczna, może nawet z lekka surrealistyczna. Komiks bywa psychodeliczny, zwłaszcza jeśli chodzi o designy statków. Widząc je miałem skojarzenia z „Diuną” Jodorowskiego. Swoją kolorystyką „Genocide” miejscami przypominał mi „The Mask”, również od Dark Horse.
Co mi się nie podobało to fakt, że głowy niektórych bohaterów wyglądają jakby były nienaturalnie przypłaszczone.

Komiks w gruncie rzeczy przedstawia wiele ciekawych pomysłów. Wspomniana walka dwóch rojów Obcych, Xeno-Zip i wywoływane przez niego skutki uboczne. – Scena, w której biegacz po zażyciu jednej pigułki dosłownie roztrzaskuje się o ścianę sprawiła, że przeszły mnie ciarki.

Problem w tym, że… chciałoby się więcej. Chciałbym, aby komiks brnął w te wątki, rozwijał je, eksplorował, uczynił z nich główną siłę napędową. Można było nawet poprowadzić narrację od strony Ksenomorfów, bardziej skupić się na ich konflikcie. To dopiero byłoby ciekawe!
Bo bez tych wszystkich ciekawych smaczków, „Genocide” to tak naprawdę mocno przeciętna historia z prostymi jak drut postaciami, żeby nie powiedzieć archetypicznymi. Co więcej, te cztery zeszyty to bardzo niewiele biorąc pod uwagę potencjał jakim ta historia dysponowała.


„Genocide” ma swoje olbrzymie pozytywy, ale pozostawił mnie z niedosytem. Nie ukrywam, że miałem co do niego olbrzymie oczekiwania, które tylko jeszcze bardziej narastały w miarę czytania.

wtorek, 24 stycznia 2017

„Alien v.s. Predator – Dreszcz Polowania”

Nadeszła pora na kolejną sentymentalną dla mnie podróż w czasy dzieciństwa. Dobry Komiks wydał dokładnie jeden komiks z uniwersum Ksenomorfów, a wydał go, ponieważ do kin wchodził film „Obcy kontra Predator”. Szczęśliwie, nie mamy tu do czynienia z adaptacją filmu, a całkiem inną, niezależną historią.

„Dreszcz Polowania” rozpoczyna się od retrospekcji, w której grupa Predatorów podróżuje przez nienazwaną lesistą planetę do jaskini w górach. W owej jaskini ukryta jest wielka piramida (taka sama jak we wspomnianym powyżej filmie). Łowcy wkraczają do środka i natychmiast zostają zaatakowani przez chmarę Ksenomorfów. Z życiem uchodzi tylko jeden Predator.

Jakiś czas później na tej samej planecie, pewna nie przybliżona w żaden sposób organizacja zamierza zamierza wybudować kolonię. Prace już ruszyły, pierwsze obozy zostały rozbite, stworzono nawet swego rodzaju z.o.o. Pierwszym eksponatem jaki udało im się schwytać okazuje się… Predator z retrospekcji na początku. Niedługo trzeba czekać na nieostrożność ze strony ludzi. Drapieżca zbiega, a w ślad za nim wyrusza uzbrojona po zęby ekspedycja.

„Dreszcz Polowania” czyta się sprawnie, jednak nie ma on w sobie żadnych wartościowych elementów. Fabuła jest szczątkowa, żeby nie powiedzieć pretekstowa.
Nie dostajemy żadnego konkretnego tła. Rzucone nam są tylko informacje o pewnej broni biologicznej, o tym, że galaktyka się przez nią wyludniła – tylko, że niewiele ma to wspólnego z czymkolwiek.
Bohaterowie są archetypiczni. Biznesmen z ciętym dowcipem, ekolożka, która zawsze staje w obronie wszystkich żyjątek, jej były chłopak, który ciągle życie w cieniu brata-szefa, jest także typ specjalizujący się w safari, dla którego polowanie jest niemal duchowym doznaniem. Wszyscy są tu jednak niczym więcej jak mięsem armatnim… prawie jak w slasherze.
O miejscu akcji nie dostajemy żadnych informacji, co rodzi wiele pytań po drodze. W komiksie pojawiają się Ksenomorfy. Mają swoje gniazdo, a w nim widzimy ciała jakiś humanoidalnych istot. Czy ta planeta była zamieszkana? Skąd na niej wzięły się Ksenomorfy? Czy piramida w komiksie pełni tę samą funkcję co ta w filmie z „AVP”? Tego można wymieniać więcej.

Wszystko narysowane jest w sposób przyzwoity. Jak na komiks z Obcym i Predatorem przystało jest dostatecznie krwawo i brutalnie. Ponarzekać mogę jedynie na twarze bohaterów, bowiem na niektórych kadrach bywają niepodobni do siebie.


„Dreszcz Polowania” nie wzbudził we mnie praktycznie żadnych emocji podczas czytania, co myślę, mówi samo za siebie. Oczywistym dla mnie jest, że miał nawiązywać do filmu, jednak robił to w bardzo nieprzemyślany i mało subtelny sposób. Trudno się w to wszystko zaangażować, bo ani świat nie jest nam wiarygodnie przybliżony, ani bohaterowie nie są ciekawi, nawet historia wydaje się być poszatkowanym, skleconym naprędce bałaganem.